W poszukiwaniu happy endu
Free Counter
Kategorie: Wszystkie | codzienność
RSS
poniedziałek, 04 stycznia 2010

Przez kilka ostatnich dni zmierzaliśmy w kierunku uspokojenia. Bywało śmiesznie, bywało poważniej, czasem przynudnawo nawet. ;)

Sylwestra spędziliśmy we dwójkę, bo nie było już możliwości, żeby się do jakichś znajomych wkręcić, a spędy na "świeżym powietrzu" nas nie bawią. Wyglądało to tak, że Ona prawie całą noc przespała - zbudziłem Ją tylko na złożenie życzeń.

W sam Nowy Rok, nie mieliśmy za bardzo co z sobą zrobić, bo wszystkie sklepy zamknięte, znajomi poza miastem, albo leczą kaca, a wychodzić na spacer się nie chce, bo "w dupę zimno". Generalnie - było ciężko. Na (nie)szczęście w dwa następne dni były otwarte sklepy... ;)

A dziś, po powrocie z całodziennych, bardzo mało interesujących szkoleń trochę się popstrykaliśmy. Zaczęło się od tego, że Ona się spytała, czy mam już wypłatę od poprzedniego pracodawcy. Gdy odpowiedziałem, że ma być do 10-tego stycznia wkurzyła się na mnie, że nawet nie potrafię dopilnować swoich interesów, bo według niej, skoro skończyłem pracę 31 grudnia, to tego dnia powinienem dostać wypłatę. Potem sama znalazła w sieci informację, która jasno stwierdzała, że nie ma racji. Ale mnie też trochę poniosło i wyraziłem się w pewien mało parlamentarny sposób. :/

Trzeba będzie się pogodzić, gdy skończą się telenowele w telewizji. ;)

20:25, kawaler.z.odzysku , codzienność
Link Komentarze (13) »
wtorek, 29 grudnia 2009

Przez ostatnie dni Mój nastrój zmieniał się kilkakrotnie.

Podczas Wigilii, było dobrze - przygotowaliśmy sobie wieczór, połamaliśmy opłatkami, przeprosiliśmy się oboje, wzruszyliśmy trochę. Wydawało mi się, że na pewno damy radę.

W czasie samych Świąt już było gorzej i to niestety w dużej mierze przeze mnie (a przynajmniej tak się wydaje). W Wigilię ustaliliśmy, że razem pojedziemy do moich Rodziców. 25 wyjazd, najdalej 26 po śniadaniu powrót. I dużo rzeczy się posypało. Najpierw było chłodne przyjęcie. Nie wiem czemu, ale Ona myślała, że będzie normalnie, zupełnie jakby fakt, że nie byliśmy na wspólnej Wigilii i że wcześniej rozmawialiśmy o rozwodzie było najzwyklejszą rzeczą pod slońcem. Po jakimś czasie wszyscy się trochę rozruszali, ale początek był taki sobie. Wieczorem, moja Mama trochę podstępem wymusiła na nas pozostanie na obiedzie i była bardzo zdziwiona, gdy jej powiedzieliśmy, że zaraz po nim chcemy wracać i nie zostaniemy do niedzieli. Uznaliśmy - niech będzie. Tyle, że potem okazało się, że tego dnia są jeszcze imieniny w bliskiej rodzinie, w które daliśmy się wmanewrować. Dość powiedzieć, że przez głównie chyba mój brak asertywności wobec Rodziców, do domu wróciliśmy po 22:30, a Ona była z tego powodu baaardzo niezadowolona. Ja w gruncie rzeczy też, ale do podobnych sytuacji podchodzę zawsze z pewnym filozoficznym spokojem, co często Ją irytuje jeszcze bardziej.

Niedzielę spędziliśmy przed telewizorem (odkryliśmy, że serial "Paco i jego ludzie" ma dużo prześmiesznych scenek i tekstów) i na rozmowach. Żałuję, że Ona nie potrafi zacząć od nowa. Nie mówię o całkowitym zapomnieniu tego, co się wydarzyło, ale skoro ja nie wracam do Jej obietnic o zniszczeniu, to chyba w porządku byłoby, gdybym nie musiał sluchać Jej narzekań, jak to do tej pory było źle. Ja wiem, że było, ale ciągłe wypominanie raczej nie poprawia atmosfery.

Wczoraj miałem parę zajęć w domu (ostatnie dni urlopu), a wieczór spędziliśmy u wspólnych znajomych. Gdy zajechaliśmy pod ich dom usłyszałem, że nawet takie wyjście ze mną, to już nie jest to samo. Obiecała, że będzie się starała, ale nie wie, czy to nam wyjdzie. Ale mimo tego, wypad uważam za sympatyczny.

13:57, kawaler.z.odzysku , codzienność
Link Komentarze (5) »
środa, 23 grudnia 2009

Przed chwilą z Nią rozmawiałem.

Wcześniej powiedziałem Jej, że rozmawiałem z Rodzicami i najpierw powiedziałem, że przyjadę sam, bo sprawy wyglądają źle i całkiem możliwy bedzie rozwód, a potem, że odwołałem przyjazd, ponieważ zdecydowaliśmy się jeszcze postarać i porozumieć. Tak naprawdę, moje rozmowy z Rodzicami były znacznie obszerniejsze, ale uznałem, że aż tyle prawdy może bardziej zaszkodzić, niż pomóc.

Stwierdziła niepewnie, że myślała i nie wie, ale może powinienem pojechać do nich na Święta, a Ona zostanie sama z telewizorem. Odrzekłem (dosyć zdecydowanie), że owszem, chciałbym pojechać na jeden dzień do nich, ale Wigilię na pewno chcę spędzić z Nią.

W czasie całej rozmowy brzmiała "niewyraźnie", czym spowodowała u mnie drobny mętlik. Ale może niepotrzebnie się zadręczam, po prostu będę się starał, żeby te Święta po prostu były dobre - kupiłem nawet prezent.

13:32, kawaler.z.odzysku , codzienność
Link Komentarze (3) »

Wczoraj nie mogłem spełnić danej sobie obietnicy i nie porozmawialiśmy. Ona wróciła zmęczona przed 18.00 i zabraliśmy się tylko za wspólne przygotowanie obiadokolacji. Trwało to ponad dwie godziny, bo Ona rzuciła hasło: "chińczyk" (zrobiła po drodze potrzebne zakupy), a oprócz tego podjadała w międzyczasie.

Ale dziś rano, zanim się zebrała do pracy, zaczęła się rozmowa. Spytała, czy nie powinienem jednak jechać do Rodziców na Święta. Odrzekłem, że nie, bo już z nimi rozmawiałem i odwołałem swój przyjazd. Chyba, że w pierwszy lub drugi dzień, mogę/możemy pojechać na parę godzin.

I powiedziałem też to, o czym myślałem od wczoraj: "Jest jedna rzecz, która jest dla mnie dosyć ważna. Pamiętasz, niedawno mówiłaś mi, że zawsze mówiłem, że jest mi przykro z powodu sytuacji, która zaczęła to, co się wydarzyło przez ostatnie kilka dni, ale nigdy nie powiedziałem słowa 'przepraszam'. Wtedy Cię przeprosiłem i zrobiłem to szczerze. Ale w czasie ostatnich dni także Ty powiedziałaś wiele przykrych rzeczy, które wcale nie spłynęły po mnie, jak po kaczce. O rozwodzie, o tym, że mnie zniszczysz, było tego trochę. I teraz ja oczekuję, że mnie za nie przeprosisz. I że będą to szczere przeprosiny."

Spytała, czy ja w ogóle potrafię się wczuć w Jej sytuację, czy zdaję sobie sprawę z tego, co Ona czuła. Bo Ona była wściekła na moje zachowanie i nie jest w stanie tego zapomnieć.

Odpowiedziałem więc, że rozumiem, dlaczego była zła (i faktycznie tak jest, a poza tym, ja w gruncie rzeczy przyzwyczaiłem się do Jej wybuchów i w większości wypadków nie zwracam na nie większej uwagi, tylko spokojnie czekam, aż Jej przejdzie). Ale i tak uważam, że wiele słów które powiedziała w ciągu ostatnich kilku dni bardzo raniły. Dlatego nie zamierzam Jej poganiać i zmuszać, ale oczekuję, że mnie przeprosi. "Zrozumiałem, że muszę zacząć mówić o tym, co jest dla mnie ważne. Tego nie będzie wiele, przynajmniej na początku, ale muszę zacząć mówić o tym, czego oczekuję. I to jest właśnie taka rzecz."

"Od dawna Ci mówiłam, żebyś tak robił. Ach, jaka ja mądra jestem" - uśmiechnęła się przekornie.

"Nigdy nie twierdziłem, że nie jesteś mądra" - odpowiedziałem zgodnie z prawdą i pocałowałem ją w czoło.

Potem zaczęła się zbierać do pracy, a ja przygotowałem jej "chińczyka" na wynos tak, żeby mogła odgrzać sobie w pracy. Gdy wyszła z mieszkania i była już na klatce schodowej cicho powiedziała:

"Nie gniewaj się."

 

Pierwszy krok zrobiony, choć wciąż nie usłyszałem oczekiwanego, magicznego słowa. Ale na razie nie zamierzam się zniechęcać. Bo mam świadomość, że jeśli i to nie wypali, nie zostanie już nic, co chciałbym ratować.

08:38, kawaler.z.odzysku , codzienność
Link Komentarze (3) »
wtorek, 22 grudnia 2009

Poniższy wpis miałem zamieścić wcześniej, ale musiałem się wybrać na przebadanie przed rozpoczęciem nowej pracy - jestem zdolny. ;)

Wieczór nie zakończył się po moim poprzednim wpisie. Rozmawialiśmy jeszcze do północy i wreszcie zaczynało to wyglądać jak dialog. Żadne ambitne teksty, luźna konwersacja z odbijaniem piłeczki przy różnych wypowiedziach - oboje jesteśmy dość inteligentni (ja tylko mniej wygadany ;)), więc nie szło to źle.

Około szóstej rano wróciliśmy do rozmowy i wreszcie poczułem że chyba po raz pierwszy od wielu dni była to prawdziwa rozmowa. Myślę, że głównym tego powodem był fakt, że Ona wreszcie się wypłakała i uspokoiła (i może wreszcie dostała okresu..., sorry, dziewczyny). Powiedzieliśmy więc bez niepotrzebnych emocji (wreszcie!) sobie, co nam się nie podoba w tym, jak jest. W naszym zachowaniu, w braku bliskości, w braku seksu.

Robię się miękki na starość, bo powiedziałem: "Wiesz, a najgorsze jest to, że w całej tej popierzonej sytuacji ja ciągle chciałbym być z Tobą".

Potem ustaliliśmy, że zostaniemy na Święta razem, pocałowałem Ją i przytuliliśmy się. Tylko tyle. I aż tyle.

A Ona spóźnila się do pracy.

 

...

 

P.S. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób czytajacych tego bloga zechce mi napisać, że jestem głupi, zachowuję się jak szczeniak i wyobrażam sobie Bóg wie co. I pewnie do jakiegoś stopnia będą mieli rację. Sam zacząłem się trochę zastanawiać nad swoją kondycją psychiczną. Zdaję sobie sprawę, że może Ona tylko nie chce zostać sama na Święta, że może zrozumiała, iż straci nie tylko mnie, ale i jakąśtam kasę oraz w miarę wygodne mieszkanie. Może tylko mnie testuje, do czego się posunę, aby było tak, jak dawniej.

Ale zrobię wszystko, żeby nie było tak, jak dawniej. To nie jest tak, że nie nauczyłem się niczego z tych kilku dni. Chyba dopiero teraz uświadomiłem sobie, że jestem (czas nad sobą popracować!) zbyt ugodowy - np. chcę dziś doprowadzić do tego, żeby powiedziała słowo "przepraszam". Musimy ustalić nowe reguły życia razem i trzymać się ich z żelazną dyscypliną. Te kilka dni było próbą sił, z której przynajmniej w części wyszedłem zwycięsko nie dając się sprowokować, zachowując zimny spokój z domieszką nieczułości. Oczywiście, czy w dłuższym okresie będzie choć trochę różowo - nie wiem.

Wychodzą tu moje pragnienia (Ona jest, kurde, cholernie atrakcyjną babką) i obawy (np. przed samotnością).

I bardzo się cieszę, że zdecydowałem się na rozpoczęcie pisania. Wyrzucenie z siebie tych wszystkich emocji bardzo pomaga. Tak samo, jak czytanie komentarzy do popełnionych przeze mnie notek.

P.S.2. Rzecz jasna, nie opuszczam tego bloga i będę nadal wypisywał swoje przemyślenia i spostrzeżenia. Ale może nie z taką częstotliwością (choć po nadmiarze emocji z ostatnich dni nie zamierzam się zarzekać!), jak do tej pory.

P.S.3. Zmieniam też opis bloga na taki, który lepiej oddaje moje odczucia.

14:17, kawaler.z.odzysku , codzienność
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 21 grudnia 2009

Bardzo się dziś rozpisywałem, więc choć na koniec dnia będzie krótko.

Tak sobie siedzę przed kompem (Ona przed "M jak miłość") i myślę, że pomimo tej chorej atmosfery, ja w gruncie rzeczy nie życzę Jej źle, choć co nerwów zjadłem i papierosów wypaliłem, to moje. Zdaję sobie sprawę, że gdy się rozejdziemy, Jej życie będzie dużo trudniejsze i szczerze chciałbym Jej pomóc - czy to w kwestiach finansowych, czy też nie oczekując Jej wyprowadzki. Tylko nie wiem, czy będziemy w stanie się tak porozumieć, żeby nie skakać sobie do gardeł.

A najbardziej to mi się marzy, żeby poznała kogoś, kto ją uszczęśliwi, bo mnie się to bardzo nie udało.

I żebym ja też kogoś takiego poznał.

21:01, kawaler.z.odzysku , codzienność
Link Komentarze (5) »

Z placu boju raportu ciąg dalszy.

Gdy wróciła z pracy, zadzwoniła domofonem, więc wyszedłem, żeby też otworzyć drzwi. Pierwsze słowa brzmiały mniej więcej tak:

"Co? Chciałeś coś powiedzieć? Na rozmowy był czas wcześniej, teraz jest tylko pustka, koniec". Odrzekłem, że miałem nadzieję na dogadanie się (robię się chyba monotematyczny).

"A Twoim zdaniem w południe to była rozmowa?"

"No, skoro Ty mówiłaś i ja mówiłem..."

"To nie była żadna rozmowa! Musiałam z Ciebie wyciągać każde zdanie!"

Fakt, najrozmowniejszy nigdy nie bywałem, na trudne tematy szczególnie, ale dziś wyjątkowo byłem (jak na mnie) rozmowny. Odrzekłem:

"Uważam, że to była przynajmniej próba rozmowy, dogadania się, ale ja coś zaproponowałem, a Ty tylko mi obiecałaś, że zobaczę w pozwie."

"I zobaczysz!"

"Aha" powiedziałem już wychodząc z pokoju.

"Co to znaczy: 'aha'?!"

"Nic, naprawdę chciałem, żebyśmy doszli do jakiegoś porozumienia, ale jak rozumiem, to się pewnie nie uda."

"A jak Ty sobie niby to wyobrażasz?!"

"Już Ci mówiłem, co mogę zaproponować, ale ciągle nie wiem, czego ode mnie oczekujesz."

"I co? Myślisz, że pozbędziesz się mnie za lampkę i 5 kieliszków?!"

"Nie, proponuję przecież wycenę tych rzeczy, których nie zechcesz zabrać i przekazanie Ci ich równowartości" - zauważcie pokłady mojej ciepliwości.

"Łatwo Ci oddawać nie swoje rzeczy!"

"Eeee... To nie są nie moje rzeczy, to są NASZE rzeczy i nie rozumiem, w czym jest problem."

Ta głupia wymiana zdań jeszcze chwilę trwała i wreszcie przeniosła się do pokoju z kompem. Tu dowiedziałem się, że Ona na pewno nie będzie płacić całej kwoty wynajmu, bo potem nie będzie miała na życie; potem spojrzała na mnie znacząco. "Chcesz coś powiedzieć?" Odpowiedziałem, że skoro Ona ma mnie dość i sama się wyprowadza, to jak rozumiem, sama płaci za wynajem.

"Taaak? Jesteś pewien? Bo ja mówiłam, że mogę mieć mieszkanie od połowy stycznia, a nie że już podpisałam umowę. A może ja się nigdzie nie wyprowadzę?"

Pomyślałem wtedy o ofercie moich Rodziców, którzy zadeklarowali, że mogą się do mnie wprowadzić, nawet zameldować...

 

...

 

Minęło paręnaście minut i zostałem zawołany do "salonu", gdzie jest telewizor i sofa do spania.

Tym razem były szlochy. I ze zdziwieniem stwierdziłem, że gdy wcześniej widziałem Ją jak płacze, to aż serce mi się kroiło, a dziś - niemal bez drgnięcia powieki. Trochę się tym zresztą zasmuciłem.

Tym razem nie jestem w stanie nawet w przybliżeniu zacytować rozmowy, bo wątków i żali było mnóstwo. W skrócie i na pewno wybiórczo: to przecież Ona dopingowała mnie do poprawy kontaków z Rodzicami (że się popsuły w czasie trwania małżeństwa, to inna sprawa), że chciała się brać za bary z całym światem, żeby tylko zrealizować nasze marzenia (czytaj: coś zmienić w mieszkaniu tak, żeby jej się podobało, a ja nie miałem nic przeciwko, albo wybudować dom, co mnie szczerze przeraża) i że przecież jeśli co kilka lat nie dostanie kopa w dupę, to znaczy, że coś jest nie tak. Tu muszę oddać Jej sprawiedliwość - nie miała życia usłanego różami. Szybko straciła Tatę, w miarę niedawno, po długiej chorobie, Mamę, a pomimo pochodzenia z niezamożnej rodziny ukończyła studia i się usamodzielniła. Ciągle wracała też do tego, jak Ją zawiodłem, decydując się na odpuszczenie walki o kasę od ostatniego pracodawcy. Ponieważ od tego cały ten cyrk się zaczął, postaram się wkrótce możliwie dokladnie opisać całą sytuację.

Padła też informacja, żebym się nie martwił, bo Ona się wyprowadzi możliwie szybko - choćby miała zamieszkać pod mostem. Ale w to nie uwierzyłem - była już pod koniec drugiego piwa.

20:00, kawaler.z.odzysku , codzienność
Link Komentarze (3) »

O całej sprawie, włącznie z Jej "obietnicami" powiedziałem moim Rodzicom. Przez okres trwania małżeństwa moje kontakty z nimi były coraz rzadsze, oddaliłem się od nich. Powodem było to, że jako jedynak, byłem pod ich dość silnym wpływem, a Ona uznała, że powinienem odciąć pępowinę.

I odcinałem. Tyle, że nie mogłem, nie potrafiłem powiedzieć im, że już nic od nich nie chcę i że mają mnie zostawić w spokoju. Zresztą ciężko było tak zrobić w sytuacji, gdy oni zdecydowali się kupić nam mieszkanie. Ona na początku wybrzydzała, że to niepotrzebne i że sami powinniśmy zarobić na swoje mieszkanie. Ale po zamieszkaniu zadziwiająco szybko przeszła nad tym faktem do prządku dziennego. Pamiętam jednak sytuacje, gdy musiałem wybrać czyjąś stronę i moje zachowanie powodowało, że Ona niemal puchła z dumy, a Rodzicom było bardzo przykro.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że obie strony stosowały wobec mnie bardzo skuteczny szantaż emocjonalny.

Ja przez cały czas byłem pośrodku.

Fakt, że pomimo wszystko przez 10 lat starałem się tak postępować, żeby nikogo nie urazić, był kolejnym argumentem przemawiającym za moim nieprzystosowaniem i niedojrzałością. Chyba nie chciała jednak widzieć tego, że pomimo tego, że nie chciałem odciąć się od Rodziców w stropniu Ją zadowalajacym, to przecież z Nią chciałem być.

W swoich wypocinach (kto ma już ich dosyć - ręka w górę! ;)) zmierzam do tego, że Rodzice stanęli za mną murem. Wprawdzie czeka mnie z nimi w czasie Świąt niejedna rozmowa (z krępującymi pytaniami włącznie), ale cóż, będę musiał dać radę.

15:27, kawaler.z.odzysku , codzienność
Link Komentarze (1) »
Właśnie sobie tę piosenkę przypomniałem - rewelacyjny tekst.


14:11, kawaler.z.odzysku , codzienność
Link Dodaj komentarz »

Gdy weszła jakąś godzinę temu i zaczęła robić sobie śniadanie zapytała: "I co? Znowu mam cię ciągnąć za język?"

Podałem więc swoją propozycję. Z wyposażenia mieszkania zabiera to, co chce, resztę wspólnie kupionych sprzętów wyceniamy i oddaję Jej ich całą wartość. Uznałem, że skoro to moi Rodzice w całości spłacają kredyt mieszkaniowy (uparli się, że to będzie ich zadanie), a Ona odziedziczyła dom po swojej Mamie (daleko i niezbyt wartościowy, ale z w miarę dużym ogrodem), to kwestie mieszkaniowe powinny być w miarę proste do uregulowania nawet jeśli ten dom będzie wchodził w skład Jej majatku osobistego. Myliłem się.

"Tak nisko mnie wyceniasz?", usłyszałem. Kiedy poprosiłem, aby powiedziała mi, czego oczekuje stwiedziła, że dowiem się tego z pozwu, ale będzie to o wiele, wiele więcej. Powiedziała, że że oferuję Jej o znacznie mniej, niż walkowerem oddałem w swojej dotychczasowej pracy (faktycznie, zrzekłem się roszczenia o odszkodowanie w zamian za szybsze podpisanie porozumienia stron). Nie zgadzam się z tym twierdzeniem, ale zmilczałem. Poza tym, jak Ona ma żyć w wynajmowanym mieszkaniu za które będzie płacić 3/4 swojej pensji.

To, oczywiście, skrót rozmowy, bo cała trwała dłużej. Po raz kolejny dowiedziałem się o swoich wadach i nieprzystosowaniu do życia w ogóle. I że już się cieszy na moje "męskie" rozmowy z Tatą (który jest pedagogiem, ale czasem jego dywagacje faktycznie są masakryczne).

Nie, żeby zupełnie nie miała racji, ale chyba za bardzo polubiła mnie dołować.

Zdecydowanie będę potrzebować pomocy prawnej.

13:04, kawaler.z.odzysku , codzienność
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2